piątek, 31 października 2014

Cebule nadziewane szynką

Swego czasu nasze - rodzinne - zamiłowanie do cebuli, pewien mniej-niż-znajomy skomentował jako dowód na semickie pochodzenie. Nie będę zaprzeczać, iż: cebulę lubię, jedna z prababek była polską Ormianką (semici), a druga z prababek wyszła za mąż za właściciela młyna, który był podobno Żydem.

Rozumiem, idąc za tym tokiem myślenia, że cała cebula w naszej kulinarnej tradycji ...ba europejskiej również, znalazła się tam za przyczyną Żydów właśnie. Rozbawiona tym wrzuciałam na Google zapytanie o cebulę, Żydów i antysemitów i znalazłam ... blog pana JKM, który dewaguje na cebulowy temat, tu cytat z zachowaniem pisowni oryginalnej:

"Dziękispożywaniu cebuli i czosnku są (Żydzi, dopisek autorki niniejszego bloga) jurni i szybko się rozmnażają. Byzaś uniknąć konkurencji ze strony gojów, rozpuścili opinię, żespożywanie tych roślin jest niegodne prawdziwego goja, że jadająto-to wyłącznie parchy.Anty-semici nabierają się na to, jakdzieci – i dzięki temu Żydzi plenią się obficiej, niżanty-semici."


Pamiętam  też islamską legendę przeczytaną w świetnej książce Bryana Bruce'a "Historia Smaku" LINK 


 " Kiedy szatan wkroczył do ogrodu Eden, czosnek zaczął kiełkować z ziemi w miejscach, których dotknęła jego lewa stopa, a cebule pojawiły się tam, gdzie pozostawił odciski stopy prawej"

Zostaje więc tylko zabrać się do ... pichcenia tego diabelskiego warzywa. Sezon na cebulę już przecież w pełni. W książce nieodżałowanej a zmarłej niedawno pani Hanny Szymanderskiej znalazłam bardzo smakowitą propozycje. U nas sprawdziła się jako kolacja na ciepło. Może lepiej nie wpuszczać "szatana" do swojego domu ale do kuchni to co innego:) 



Cebula nadziewana szynką

4 duże cebule

farsz
25 dkg szynki
1 szkl ryżu
1 łyżeczka soku z cytryny
3 pomidory
3 łyżki natki
łyżki masła
sol, pieprz
pieprz cajen

sos
20 dkg serka topionego
łyżki mleka
1 szkl śmietany
po łyżeczce świeżych ziół: mięta, melisa, tymianek
1/2 łyżki papryki




Cebulę obieram i gotuję (całe!) w osolonej wodzie 3 min. Następnie odcinam górę (1/5 wysokości) i wyjmuję wnętrze zostawiając 4 warstwy. Małe części z środka  drobno siekam. 
Gotuję na sypko ryż. Szynkę i pomidory bez skórki kroję w drobną kosteczkę.  Mieszam wszystkie składniki farszu i przyprawiam. Całość smażę przez 3 minuty. 

Napełniam  wystudzone cebule i zapiekam przez 15 minut (rozgrzany piekarnik, 180 stopni). W tym czasie robię sos na bardzo małym ogniu. Polewam nim cebule i zapiekam kolejne 15 minut.

wtorek, 28 października 2014

Handelki i inne lokale gastronomiczne Dwudziestolecia Międzywojennego

Domowy serdelek z risotto -
 propozycja dla nowej fali handelków
Handelki w ówczesnej nomenklaturze to nic innego jak małe lokale gastronomiczne ulokowane najczęściej na tyłach sklepików. Kilka stolików, brak kelnerów (obsługiwał subiekt bądź właściciel), nieformalna atmosfera a co najważniejsze krótka karta z daniami będącymi "specjalnościami zakładu". Jedną z legendarnych knajp wyrosłych z takich właśnie handelków była "Pod Bukietem" (Marszałkowska 114).

Rozkwit wszelakiej gastronomii nastąpił wraz z wejściem w wiek XX. Mimo, że były lokale adresowane do całego spektrum społeczeństwa to jednak istniał wyraźny podział na klientelę. I tak arystokracja "obstawiała" bary hotelowe takie jak w Europejskim (aktualnie w remoncie). Tu można było zjeść barszcz bulionowy z pasztecikami, cynadry a la Turbigo oraz sznycla ministerialnego z sałatą.

Do najbardziej eleganckich i wysmakowanych miejsc należały restauracje hotelowe takie jak te w  Savoy (Nowy Świat) czy Bristolu (Krakowskie Przedmieście, gdzie mieści się do dziś). Restaurację z kuchnią na miarę (dziś byśmy powiedzieli) "gwiazdki Michelina" reprezentowała "Złota Kaczka" (Królewska 11) to tu byli zapraszani oficjalni goście MSZ (!). Sądzę, że kelnerzy raczej nie planowali obalenia rządu i nie stosowali ówczesnych metod podsłuchowych....

Rzemieślnicy trafiali na Nowy Świat (Walhalla) i na Mazowiecką (U Wróbla). Do Wróbla wpadali również politycy. Robotnicy karmili się w barach "na dzielnicy" takich jak "Glajszmidka" (Dzika róg Okopowej). Do lokali, które dziś nazwalibyśmy "mordowniami" należały dwa bary na Dzikiej. Jeden obok noclegowni bezdomnych przy Stawkach a drugi na rogu z Konarskiego. To tu podawano mortadele - wędlinę "szargającą" opinię dobrego lokalu.  

Owiany legendą Ryjek z Marszałkowskiej (dokładnie "Pod Ryjkiem") dzięki podejściu właściciela mistrza cechu rzeźników Jana Jabłońskiego (oczekiwał od dostawców towarów najwyższej jakości jednocześnie płacąc im wyższe wynagrodzenie) cieszył się estymą a na ich serdelki, dwumetrowe salami, schabowego czy szynkę z łezką nigdy nie brakowało chętnych. 

W "Astorii" przesiadywali Skamandryci i tu lekcji pokory wobec konwenansów udzielił Antoni Słonimski samemu Majakowskiemu. Cytuję:


Majakowski na znak proletariackiej pogardy dla konwenansów burżuazyjnych wyjął ręką z salaterki ogórek i zagryzł go ostentacyjnie. W odpowiedzi Antoni Słonimski pełną dłonią wziął z półmiska sałatkę majonezową. "Majakowski przez chwilę popatrzał na mnie - wspomina poeta - wreszcie uśmiechnął się, ogórek położył na talerzu"

"Oaza" i "Picadilly" poza garmażem serwowały...dancingi. Ta ostatnia należała do braci Hirszfeldów, którzy w latach 30-tych mieli w Stolicy kilka delikatesów i sklepów (Nowy Świat 27, Rymarska 6, Nalewki 16 i Marszałkowska 141) a przy każdym dostępny był "garmaż" na miejscu (nierzadko z wódeczką) i na wynos. 

Edward Żelichowski właściciel restauracji "U Langnera" miał u siebie legendarną "imprezę", która przeszła do anegdoty. To właśnie tu  czterej panowie przez dwie doby raczyli się smakołykami lokalnej kuchni. To był dopiero "śledzik"....

Do tematów historycznych knajp jeszcze wrócę...


Posta upichciłam na podstawie informacji z artykułów pana Majewskiego publikowanych w GW w ostatnich latach.

piątek, 24 października 2014

Zupa Królewska

Znów mnie wzięło na zupy.... znaczy się, że zima nadchodzi nieuchronnie. Oczywiście mogłabym zrobić którąś z zup jednoznacznie kojarzonych z Mazowszem (żur, rosoł staropolski, krupnik z kaszy jaglanej). Oczywiście tego nie zrobiłam. A zajrzałam za to do książki kochanej pani Hani (niestety już św.pamięci) i natknęłam się na zupę królewską. 

Swoją drogą ciekawe czemu ona "królewska"? Bo "bogata" w składniki? A może jakiś król z czasów gdy dwór przeniesiono na Mazowsze zasmakował w tej propozycji i stąd przydomek "królewska"? 

Właściwie dlaczego nie? Dwór królewski do końca XVII wieku był uznawany za bardzo wysmakowany i wyszukany również w kwestiach kulinarnych. Czytałam o obiedzie, którym podjęto w 1646 roku księżniczkę Marię Ludwikę, przyszłą żonę króla Władysława IV Wazy. Każde "rozdanie" dań to kilkanaście potraw a tych rozdań było cztery. Każde podawane na innym obrusie (białe, atłasowy karmazyn, jedwabna siatka wyszywana jedwabnymi nitkami ze złotem i srebrem). A na stole...może i zupa królewska znalazła swoje miejsce w którymś "rozdaniu"...


Zupa Królewska

1 włoszczyzna
8 szkl bulionu wołowego
korpus i 3 pałki z kurczaka
2 łyżki drobno posiekanych migdałów
po 2-3 ziarenka pieprzu i ziela
1 listek laurowy
1/4 skórki otartej z cytryny
4 jajka na twardo
15 dkg chudej szynki
2 łyżki płatków migdałowych
4 kromki chleba
2 łyżki masła
ząbek czosnku, sol, pieprz

 
Włoszczyznę myję i obieram a następnie drobno kroję. W rondelku rozpuszczam masło i wkładam włoszczyznę. Duszę kilka minut a następnie dodaję przyprawy. Do dość dużego garnka wkładam kurczaka, bulion i gotuję kwadrans. Gdy wyłowię szumowiny dodaję włoszczyznę, cebule, tartką bułkę, posiekane migdały i roztarte z solą ugotowane żółtka. Wstawiam na mały ogień na pół godziny. Kromki chleba nacieram czosnkiem i kroję w kostkę a następnie zrumieniam na łyżce masła. Wywar przecedzam i zagotowuję. Wkładam obrane mięso, szynkę pokrojoną w kostkę. Całość podgrzewam uważając aby nie doprowadzić do wrzenia. Na koniec prażę na suchej patelni płatki migdałowe. Wlewam zupę do miseczek dodaję grzanki i płatki migdałowe. 

wtorek, 21 października 2014

Targowiska Warszawy - Różyc

Warszawska Praga...na nowo odkrywana już nie budzi negatywnych skojarzeń jak jeszcze dwie dekady temu. Dziś nie kupisz tu najtańszych mieszkań w Stolicy. Modna, charakterna i ze smakiem. O lokalach praskich pewnie napiszę w przyszłości. Muszę tylko zebrać historyczny materiał dowodowy:) dziś więc kilka słów o jednym z najbardziej rozpoznawalnych targowisk miasta - Różycu.

Bazar Różyckiego jest, co warto odnotować, "ostatnim, czynnym i zachowującym ciągłość działalności handlowej, historycznym bazarem warszawskim". W ponad 350 letniej historii handlowej Pragi bazar z wiekiem (!) na karku jest dziś najstarszym bazarem miasta. O jego założycielu panu Różyckim nie handlowcu ale aptekarzu (!) poczytać możecie TUTAJ. 

Jeśli chcecie pogłębić waszą wiedzę o historii miejsca odsyłam  TUTAJ, no przecież nie będę przepisywać tego co już napisane:). Różycowi zresztą poświęcono książkę. Pan Kulesza w "Niebieskim syfonie" prezentuje bazar nie tylko jako zabytek starej Pragi ale ważny punkt w historii dzielnicy i całego miasta.

Na początku ubiegłego wieku na bazarze handlowali przede wszystkim kupcy polscy i żydowscy choć nie brakowało też innych nacji. Sprzedaż żywności w tamtych czasach była znacznie większa niż sto lat później. W temacie mięs królował drób. Można było kupić produkty pierwszej potrzeby ale również te "delikatesowe". Choć jak wiemy w czasie II Wojny Światowej i później często delikatesem były produkty ... pierwszej potrzeby.


Flaki po Warszawsku i pyzy będące czołowymi przedstawicielkami tradycji kulinarnych miasta wywodzą swój rodowód z bazaru. Podawane z ówczesnych food-tucków czyli wózków na kołach i wielkich garów.

Cały czas trwa dyskusja o przyszłości tego miejsca między władzą dzielnicy, spadkobiercami Juliana Różyckiego a kupcami. Niestety dogadać się nie jest ani łatwo ani szybko. Sprawy się więc toczą i mam nadzieję, że rozwiązanie będzie dobre dla ...nas. Miejsce to nasączone historią i magią dawnej Pragi, jak pyzy tłuszczem, powinno zostać ochronione chociaż w części. Mnie osobiście zainspirowało sąsiedztwo muzeum Historii Pragi. A może by zrobić specjalne targowisko z historycznym odniesieniem? Jeśli właściciele odzyskają 2/3 należnej im działki to byłoby to chyba dobre rozwiązanie. Zostawić handel ale z nastawieniem na regionalność i lokalność. Zgodnie z koncepcją Muzeum Żywego - utworzyć swoiste muzeum  smaku??? Warsztaty kuchni warszawskiej. Laboratorium lokalnego smaku. Popularyzacja mniej znanych warzyw, które jednak w historii kuchni odebrały rolę istotną. Propagowanie tego co warte w warszawskich kulinariach.

http://www.muzeumpragi.pl/

http://www.muzeumpragi.pl/index.php?m=43

piątek, 17 października 2014

Kulinarna wyprawa na Kurpie - Parzybroda

Zajadając parzybrodę musimy uważać na gorące i dość duże kawałki liści kapusty, którymi łatwo się poparzyć. Oczywiście kapustę możemy poszatkować bardzo dokładnie ale gdzie szacunek dla tradycji? 

Co ciekawe zupa ta pod podobną lub taką samą nazwą znana jest prawie w każdym kulinarnym zakątku Polski. Ja jednak idąc za formalnym "trendem" umieszczam ją w poście poświęconym kulinarnej wyprawie po sąsiedzku - na Kurpie. 


Parzybroda


1 średnia główka kapusty 
1 kg ziemniaków
śmietana 32%
2 duże cebule
sól, pieprz
liść laurowy
olej rzepakowy 

Kapustę myję i siekam. Ziemniaki obieram i kroję w kostkę. Całość wkładam do dużego gara zachowując kolejność: kapusta, ziemniaki. Pamiętam by nie mieszać!  Dodaję listek laurowy i kilka ziarenek pieprzu. Gotuję do miękkości, sprawdzając co jakiś czas, czy na dnie garnka jest woda. Smażę na patelni pokrojoną drobno cebulę. Gdy nabierze złotego koloru dodaję śmietanę, uważając by się nie zważyła. Gdy kapusta i ziemniaki są miękkie wlewam do garnka zmieszaną śmietanę z cebulą. Doprawiam do smaku solą i pieprzem. Ważne by zupa była gorąca i pieprzna.

A jak będziecie na Kurpiach w okolicy Chrzanowa zajrzyjcie koniecznie do Gospody Pazibroda LINK, gdzie podają właśnie tą zupę i inne lokalne specjały. 


wtorek, 14 października 2014

Największa kucharka Stolicy


Kim była autorka największego bestsellera w historii polskich książek kulinarnych? Co było tym bestsellerem? Na drugie pytanie odpowiedź jest prosta to  „365 obiadów”. Niestety na pierwsze nie tak łatwo odpowiedzieć. Jestem świeżo po lekturze książki "Lucyna Ćwierczakiewiczowa – kobieta niekonwencjonalna". Nie wiedzieć czemu odnosiłam dotąd wrażenie, że przedstawia się tą postać zazwyczaj jednowymiarowo i do tego hm...niezbyt pozytywnie. Teraz już wiem. Ta kobieta miała tak silną osobowość, że trudno ją włożyć w ramy epoki (czytaj: nie jednego prawicowego macho mogłaby pozbawić cojones jednym cięciem noża kuchennego). Pyskata. Sknera. Otyła. Zwykła kucharka.  A tu po głębszym poznaniu pani Lucyna okazuje się być pracowitą i przedsiębiorczą kobietą XIX wieku. Patriotką wstawiającą się za więźniami u władz carskich. Propagatorką higieny, zdrowego odżywiania się i oszczędności. Emancypantka w każdym calu. Namawiała gorąco kobiety do nauki nie tylko gry na pianinie czy języków obcych ale ekonomii, chemii czy matematyki. 

Owszem pewna siebie choć inni nazywali to zadufaniem. Owszem otyła ale jak cudownie umiała się z siebie śmiać. Kobieta renesansu i pierwsza dama Warszawy swojej epoki. Gościła w każdy czwartek (o 14) w swoim salonie przy ul. Królewskiej 3: Prusa, Żeromskiego, Reymonta, Orzeszkową czy  Paderewskiego. Jej „365 obiadów za 5 zł” to bestseller, który popularnością przebił "Trylogię" Sienkiewicza.
  
Autorka jej biografii zauważa: 


„Ćwierczakiewiczowa propagowała obraz kobiety, która z jednej strony wypełnia wszystkie powierzone jej role społeczne, z drugiej posiada zdolność do szerokiego spojrzenia na świat i silną potrzebę samorealizacji”


Pani Lucyna  zmarła w 1901 roku a jej wolą pogrzeb było: ''Żadnych wielkich kosztów pogrzebowych nie pozwalam ponosić: tyle jest biedy na świecie, więc uważam to za grzech''.
Ja w tym roku wybieram się przy okazji Święta Zmarłych na grób Ćwierczakiewiczowej. Cmentarz  ewangelicko-reformowanym w Warszawie przy ulicy Żytniej 42,  w kwaterze E, w rzędzie nr 1, pod numerem 6. Zapalę jej świeczkę i pokażę Małej Zi, bo drugie imię dostała właśnie po tej silnej Warszawiance.


Książkę Lucyna Ćwierczakiewiczowa – kobieta niekonwencjonalna opublikowało Wydawnictwo DiG. 


piątek, 10 października 2014

Polewka rycerska


Rycerstwo na Mazowszu skoncentrowane było przede wszystkim wokół dworów w Czersku i Płocku. Funkcja pielęgnowania kultury rycerskiej była im dana już od czasów piastowskich. Jednym z objawów, symboli raczej był udział w krucjatach. Te do Ziemi Świętej w większości ominęły naszych rycerzy ale już na Prusy wyprawiali się nader chętnie. Taki np. wojewoda czerski Jan Pilik z Sierpca herbu Rogala uczestniczył w takiej "imprezie" na przełomie 1378 i 1379 roku. Ceniony za zasługi, miał prawo siadać przy stole honorowym na zamku w Malborku. Co ważne o dostąpeniu tego zaszczytunie decydował tytuł czy majątek tylko sława rycerska. Każdy z biesiadowników miał złotą odznakę z napisem "honor ponad wszystko".

Ciekawe czy podobną polewkę zajadał u siebie w Sierpcu zanim zginął broniąc honoru rycerskiego podczas wyprawy na Tatarów. Może gdzieś tam w stepie nad Worsklą snuje się jego duch marząc o polewce? 


Polewka Rycerska

50 dkg kości wieprzowych
1 klasyczna włoszczyzna
6 szkl wody
30 dkg wieprzowej wątroby
1/2 szkl mleka
2 łyzki masła
2 cebule
zółtko
gałka muszkatołowa

2 łyżki białego wina - ale nie koniecznie

sól, pieprz

Wątróbkę wkładam na pół godziny do mleka. W tym czasie (plus 15 minut) gotuję wywar z włoszczyzny i kości a następnie go przecedzam. Na patelni rozpuszczam łyżkę masła i zrumieniam cebulę. Wątróbkę wyjmuję z mleka, osuszam i obieram z włókien. Kroj,ę ją w plastry i delikatnie obsmażam na maśle. Polewam dwoma łyżkami wywaru. i duszę. Połowę wątróbki, mięso z kości, cebulę, marchewkę i pietruszkę miksuję z połową wywaru a następnie mieszamy z pozostałym wywarem. Resztę wątróbki kroję w kostkę. Zagotowuję zupę następnie wkładam wątróbkę. Roztrzepuję surowe żółtko z winem i gałką dodając całość do zupy i podgrzewam ale nie zagotowuję ! 

wtorek, 7 października 2014

Osobiste doświadczenie architektury


Architektura miast w których żyjemy ma bezpośredni choć może nie dostrzegalny wpływ na to kim jesteśmy. To jak postrzegamy otaczajacy nas świat. W mieście żyjemy w świecie zaaranżowanym i interpretowanym przez człowieka.  Różnice możemy dostrzec uważnie patrząc podczas spaceru po Manhattanie czy Paryżu ale i Warszawie. Zastanawialiście się jak was ukształtowało Wasze miasto? Ja tak.

Moje najbliższe otoczenie, które pamiętam od pierwszych  „świadomych” chwil to dom moich dziadków. Mój najbliższy świat – mikrokosmos – na obrzeżach Wielkiej Płyty prawej strony Wisły – Osiedla Bródno. Annopol. Przestrzeń niezbyt duża – 50 metrów – ale wypełniona po brzegi bezpiecznymi zapachami. Aromatami kuchni: pieczonego chleba, parującego kakao, omletu z konfiturami - na każde zaspane śniadanie. Ale to poza tymi czterema ścianami tak naprawdę zaczynał się mój świat. Działka na której stał dom dziadków - świat pełen soczystej zieloności. Świat pełen smaku malin wprost z krzaków wpychanych do ust pokłutymi palcami. Świat suszonych na oknie jabłek i śliwek spadających z drzew na jesienną trawę. Świat sopli lodu zwisających z okapu dachu i lepienia bałwana bez rękawiczek. Tylko po to by chwilę później piec na rozgrzanej kuchni podpłomyki z ukradzionego babci ciasta na pierogi. Oczywiście w domu była piwnica, która po głębszej penetracji okazała się skarbcem domowych przetworów a nie miejscem gdzie mieszkały potwory. Ten moj mikrokosmos miał swoje jasno określone granice. Dwóch ulic zamkniętych w kwadrat od północy zajezdnią tramwajową, graniczący od wschodu z rzeźnią, „na zachodzie bez zmian” ciągle budowaną trasą toruńską a na południu ogródkami działkowymi i torami kolejowymi.
Powroty do mieszkania w bloku z wielkiej płyty na obrzeżach Bródna Podgrodzie nie były dla mnie interesujące. Dzieci z którymi nigdy nie chodziłam do przedszkola, nigdy nie bawiłam się w osiedlowych piaskownicach odrzucały mnie. Ogromne, długie korytarze i mrugające światło wiecznie zepsutych jarzeniówek przerażały. Stukot windy w której czaiły się demony i lepiej było do nich nie wsiadać zwłaszcza z nieznajomym. Le Corbusiere marzył by architektura wyzwoliła się ze średniowiecznego systemu budowania. Konstrukcje domów miały być wykonywane w wielkich fabrykach, dla jak najdokładniejszej kontroli jakości. Ale już Chińczycy przestrzegali przed przekleństwem jakie niesie spełnienie marzeń. Ciekawe jak dziś by się Pan na to zapatrywał, Panie Corbusiere?

Rozwód rodziców we wczesnych latach mojego dzieciństwa zaowocował trzema domami i co weekendowym poruszaniem sie na lewobrzeżną Warszawę w okolice Placu III Krzyży , ulic Wiejskiej, Frascati i Pieknej.  Powiśle. Duże okna z drobnymi szprosami zachłannie łapiące światło, którego zawsze było za mało. Pierogi ruskie misternie klejone przez babkę. Karp w tak klarownej galarecie, że można było pomyślec iż zawieszony jest w powietrzu.

Posiadanie trzech odmiennych domów nawarstwiły się we mnie wielością znaczeń i interpretacji.  Kulinarne tradycje Mazowsza, Warszawy, Wielkopolski i Galicji. Ormiańska prababka, niemiecka prababka, austriacki pradziadek. Dzięki nim mogę powiedzieć za Shrekiem, ze jestem jak cebula. Gdzie jest mój haimat, gdzie jest miejsce w którym czuję ze wracam, ktore jest granicą mojego świata? Pod zamknietymi powiekami widzę dymy z komina elektrociepłowni Żerań. Widziane z okien pociągu gdy wracam z wakacji, czy okien autobusu gdy poruszam sie po ulicach Warszawy, zawsze patrzę w ich kierunku gdy chcę zorientować się w sobie. Warszawa jest moja. Wyrasta we mnie korzeniami lewej i prawej strony Wisły. WZ-tką w kawiarni na Rozdrożu. Barszczem z dudtkami w Mistrzu i Małgorzatce. Leniwymi z baru mlecznego przy AWF-ie.










piątek, 3 października 2014

Najsmaczniejsza lista - Jabłka Grójeckie

Jabłka z grójeckim rodowodem znalazły się na liście produktów tradycyjnych już cztery lata temu ale sadownictwo w tych okolicach zaczęło rozwijąc się już w XVI wieku. Osobą, której Mazowsze zawdzięcza „największy sad Europy” była Królowa Bona. Gdy w 1545 roku otrzymała znaczne ziemie w okolicach Grójca ustanawiała specjalne przywileje dla posiadaczy ogrodów i sadów. A sady posiadali zarówno szlachcice jak i chłopi oraz duchowieństwo. To tutaj, zbudowano na początku XX wieku, pierwszą przechowalnię owoców w Polsce. W tym samym czasie Witalis Urbanowicz opracowuje 10 przykazań ogrodniczych. Pod koniec II wojny światowej powstaje Instytut Sadownictwa i Kwiaciarstwa oraz zakład doświadczalny będący wzorcowym sadem dla innych sadowników z całej okolicy. Mając to na względzie trudno dziwic się, że jabłka grójeckie trafiły na najsmaczniejszą listę ministerialną.

W regionie panuje mikroklimat dzięki któremu owoce mają bardziej wyrazisty smak i aromat. Jabłka grójeckie są dostępne w większości sklepów naszego regionu. A chętnych poznania "tajników" sadownictwa polecam lekturę 10 przykazań ogrodniczych, opracowanych w 1909 roku przez wspomnianego wyżej Witalisa Urbanowicza. Cudownie się czyta, przyznacie sami.

 1. Nie będziesz żałował grosza, o ile grosz masz, na kupno dobrych szczepów i trudu dla założenia sadku. 
2. Nie będziesz się pytał szewca, kowala nadaremno o poradę w ogrodzie, lecz dobrego ogrodnika, książki i gazety. 
3. Pamiętaj, że drzewa owocowe sadzisz nie tylko dla siebie, lecz także dla dzieci swoich, ponieważ one głównie będą z nich korzystały, mając z tego zarobek nie będą potrzebowały iść za parobków do Żydów, Niemców i innych przyjaciół. 
4. Czcij i szanuj drzewko owocowe, bo w niem jest przyszłość kraju. Ty, bracie, będziesz miał setki za owoc, a kraj miliony i miliardy. 
5. Nie zabijaj ogrodnictwa i nie zachęcaj innych do niego, byle jak hodując byle jakie szczepy. 
6. Nie dopuść do tego, aby ci robactwo zjadło liście na drzewach, w przeciwnym bowiem razie musisz pożegnać się z owocami. 
7. Nie kradnij, a raczej nie posyłaj swoich dzieci po jabłka do cudzego ogrodu, a lepiej sam zasadź u siebie ogródek, a dziecko naucz poszanowania roślin i cudzej własności. 
8. Nie wydawaj fałszywego świadectwa przeciw ogrodnictwu przynajmniej do tego czasu, aż sam założysz ogródek. 
9. Nie pożądaj, aby Ci drzewko po posadzeniu natychmiast tego roku zaowocowało, bo to jest niemożliwem, a gdy nawet i zaczęło w pierwszym, drugim roku owocować, to za to w następnych latach, z powodu wysilenia się drzewa, nie będziesz miał owocu. 
10. Kochaj drzewka owocowe, staraj się o to, aby Twój sadek był jak należy utrzymany, korzystaj z niego, wzbogacaj siebie i kraj – co daj Boże. Amen.