Pokazywanie postów oznaczonych etykietą knajpy warszawskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą knajpy warszawskie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 grudnia 2017

Kawiarnie. Kawiarnie. Kawiarnie

W którejś z książek o Warszawie natrafiłam na nastepujący cytat: "Czy ktoś z państwa pamięta, kto przełożył Iliadę?" - rozlega się w ogródku głos Franca Fiszera. Po chwili z odległego stolika niesie się odpowiedź - "Porębowicz, proszę pana, Porębowicz." Można się zastanawiać czy tego typu sytuacja mogłaby mieć miejsce współcześnie. 

Odpowiedź jest jednak wg. mnie oczywista. W 99% kawiarni nie. 

A więc jak tu mówić o "prawdziwie kawiarnianych klimacie" Stolicy? 

Owszem mamy w stolicy kawiarnie wszelakiej "maści". Te z funkcją dodatkową czyli piekarnią (patrz: Vincent). Takie z rozbudowanym miejscem dla rodziców z dziećmi (lubiana przeze mnie i zamknięta niestety wolska Tamika). Kawiarnie-księgarnie i kawiarnie-czytelnie. Mamy nadęte i snobistyczne (nie lubiane przeze mnie okrutnie choć obie w dwóch różnych stylach: Karmę przy Pl.Zbawiciela i Cavę na Nowym Świecie). Nieudane z pomysłem na indywidualizm (nie wymienię bo nie lubię się pastwić). Nie od dziś wiadomo by być indywidualistą trzeba być jednak choć trochę wyjątkowym. Tak jak To Lubię na Freta.
Prostota, która staje się bardzo modna w stylu kawiarnianym, sprawdza się jednak niestety w większości kawiarni brakuje "gwiazdy". Myślę tu o  doskonałych gatunkowo kawach i podania z pomysłem. Wszędzie dostaniemy americano, espresso, cafe au lait, latte, macchiatto, cappucino, mocca do tego syropy smakowe w kilku lub kilkunastu wersjach. Nudy, nudy, nudy... A gdzie indywidualizm? cafe brule* albo brulot**? Cafe creme***? Cafe fredo****? Ach no wiem są kawiarnie z nowymi trendami w parzeniu...(znów nie wymienię bo nie)

Tęsknię za cafe con leche w malutkiej kawiarence w Rondzie. A pite we Florencji espresso roasts (z dodatkiem mlecznej pianki i kardamonem) ma w moim sercu miejsce na zawsze. Dlaczego nie możemy mieć własnego Cafe Valdostano? Tą czarną kawę mieszaną z czekoladą, winem, mocnym likierem i korzeniami podaje się narciarzom w Val d´Asta. Kawa nie powinna być nijaka, bo wiadomo "kawa musi być gorąca jak piekło, czarna jak diabeł, czysta jak anioł, słodka jak miłość".

Niestety to co nam podają odbiega od ideału. A do tego reszta tworzy obraz jednoznacznej płytkości. Klimat dla wszystkich. Wystrój dla każdego.

Rewolucja w kawiarnianym temacie była ale jak to po rewolucji... rząd nad gustami przejęły nie wybitne jednostki kawiarnianego światka ale sieci gigantów rynku. Na tym sieciowym rynku jeszcze się trzyma pod względem jakości Green Caffe Nero z wypalanymi na miejscu ziarnami kawy z wulkanicznych wzgórz Ameryki Środkowej.

A reszta? Reszta jest milczeniem...



* brule– bardzo mocny napar z przypalonego ziarna.

** brulot – bardzo mocny napar z przypalonego ziarna z dodatkiem przypraw korzennych i koniaku.

*** cafe creme – mocny napar podawany z lekko parowanym mlekiem.

**** cafe fredo – mocna czarna z dodatkiem lodów.

wtorek, 21 listopada 2017

Gastronomiczne olśnienia w Stolicy w 2017

Żywot recenzenta kulinarnego to niełatwy kawałek "chleba". Wrzody, nadwaga, debet na koncie, zły nastrój po kiepskim posiłku. A w menu? PUUŁAAPKII: glutaminiany sodu, gmo, wołowina udająca baraninę albo brykiet o nazwie "bagietka francuska".

Myślę sobie, że trzeba było zbierać znaczki. Zdrowiej, bezpieczniej i spokojniej.

Ostatnio wpadła mi na myśl, genialna aczkolwiek prosta metoda pozbycia się - można wykorzystać w kryminalnej intrydze - konkurencji z grona recenzentów. Ogłosić wielki wyścig pt. "Ocena wszystkich punktów gastronomicznych Chmielna-Foksal" (coś jak Paris-Dakar - równie wycieńczające). Nie ma takiego, co by temu podołał w tydzień, a w weekend nie ma mocnych...

styczeń - Nowy Sam nareszcie przeze mnie dogłębnie poznany, dobry pomysł na śniadanie z antropologicznym spojrzeniem...na stolicę co się buduje z galerią...handLOVE w tle..

luty - Ed Red, Flaki nie są przesycone majerankiem. Nie stoi w nich łyżka a flaki stanowią nowe standardy co do delikatności krojenia podróbow. Całość pełna prostoty smaku olsnila mnie. Talerz pieciu rodzajów podróbow podany na różnych rodzajach pieczywa świetny. Trudno mi zdecydować co chciałabym powtórzyć. .chyba ..całość. .Kolejna wizyta to wysysanie kości, ktore wprawilo mnie w ekscytacje jak pana z reklamy braveranu. Rib na finale okazał się być świetnie wysezonową porcją szczęścia. Przedefiniowal mnie Ed Red. Zakochalam się. ..jak zwykle bez wzajemności. M jak miłość...będę żyć w trójkącie Ed Red, Solec 44 i ja...

marzec -  Myśląc o kuchni japońskiej odwiedzę...  Mizu. Mizu mnie zauroczyło. Jechałam na spotkanie w pierwszej zamieci śnieżnej tego roku. Było dośc nerwowo, jak zwykle gdy zima zaskakuje drogowców i kierowców. Dojechałam na miejsce w prawdziwie bajkowej scenerii. Stara fabryka podobnie jak na Burakowskiej, której klimat uwielbiam, jest miejsce pożywki dla nowej tkanki miejskiej. Już na wstępie właściciele restauracji mi zapunktowali. Później było jeszcze ciekawiej. Przestronny lokal, urządzony z prawdziwie japońskim minimalizmem i funkcjonalnością ale bez "cepeliady" spod znaku Kraju Kwitnącej Wiśni. Prezentują tu iście slow-foodowe bo nie używają półproduktów. Panierkę do tempury robią sami, podobnie jak wszelkie marynaty i sosy.  Miałam możliwośc spróbowania prawdziwego wasabi...hm..spróbowania to zbyt delikatne słowo..ja go po prostu pożarłam nie bacząc na innych współbiesiadników. Strasznie mi wstyd, jednak je ne regrette rien. Było warto! Zupełnie inne przygotowanie kiszonek niż dotąd mi znane, a w kiszonkach ostatnio gustuję "strasznie", wprowadziło mnie w błogi nastrój.  Podane na ciepło: ramen, żeberka i kaczka tylko pogłębiły ten stan. Ramen, mój pierwszy w życiu, wyzwolił potrzebę poznawczą. Temat zamierzam badac dogłębnie. Żeberka doskonałe w kompozycji smakowej i strukturze. Kacza pierś pysznie pożeniona z musem z pietruszki. Błogośc, tylko błogośc. Sposób przygotowania potraw iście japoński, bo tam cały proces jedzenia od pozyskiwania surowców do ich spożywania jest prawdziwą sztuką. Estetyka i religijne wręcz podejście z szacunkiem do produktu. Mizu nie ma znaczka "Slow-food" ale jest jak najbardziej kwintesencją takiego właśnie podejścia.

kwiecień - kusił Mnie Warszawski Sen kaczką ala doktor, Gastronomia fizjonomią kucharza z Top Szefa bo karta jakaś taka niemrawa mi się wydawała, Pazzo Cafe  zapraszało na śniadanie...wybrałam: ....Why Thai...raz po raz dla ich kaczki ! Kuchnia tajska z kuchni orientu ma dla mnie najwięcej interesujących snaków...zazwyczaj ostrych. Why Thai to mocny punkt na mapie gastronomicznej Warszawy. Proste wnętrze, dobry serwis, dopieszczona kuchnia, jakosciowe składniki, rezygnacja z półproduktów w temacie chociażby past curry. Wizyta warta swojej ceny. A smaki śnią się jeszcze po nocach.

maj - kuchnia arabska i ogólni bliskowschodnia w Warszawie...Le Cedre i jego najnowsza wersja na Le Cedre Lounge. Po wizycie doszłam do wniosku, że kuchnia libańska przez swoje położenie wzięła to co najlepsze z kuchni arabskiej i śródziemnomorskiej. Ilość mezze była wystarczająca aby przesympatyczna i przesymacznie spędzić wieczór. Największe smakowe doznania miałam dzięki lokalnie wyrabianym kiełbaskom, libańskiemu serowi, hummusowi z dodatkiem imbiru. Polskie akcenty jak buraki świetnie się wżeniły w lokalne dania. Bo to co najważniejsze w Le Cedre Lounge to wyraźny autorski rys w proponowanym menu. Nie jest to klasyczna kuchnia libańska ale jej jakże przyjemny mariaż z polskimi produktami. Druga rzecz o której warto pamiętać to to, że szefostwo to libanscy chrześcijanie a fakt ten ma niezaprzeczalny wpływ na kuchnie kraju wydawałoby się muzułmańskiego... nalewki, wina selekcja ogromna. Moje "czerwone" zaproponowane przez Le Cedre doskonale pasowalo do zaproponowanego menu. Wspólna dla kuchni tego regionu sałatka tabbouleh też miała rysy indywidualizmu. Smak potraw determinowała choć nie zdominowała libańska przyprawa 7 smaków. Sprawdziłam u wujka Google, że to miks: czarny pieprz, kumin, kardamon, cynamon, kolendra, kozieradka. Zacne towarzystwo. Do tego wyczuwałam jeszcze w wielu potrawach miętę.

czerwiec - tu królują Koszyki i to wyraźna nuta śledziowa na śniadanie w Port Royal. Wersja sniadaniowa z tostemi grillowanym śledziem niebiańska w swojej przełamanej prostocie. Jako zapalony sledziozerca noszę Portowego śledzia głęboko w sercu.

lipiec - Wybrałam się wreszcie do Cyderii i fajnie, że jest takie miejsce.

sierpień - makarony w Japońskiej Uki Uki...W szranki o serce mojego żołądka stanęły: mocno rybny ramen z wyraźną nutą łososia oraz udon w aksamitnym bulionie w wersji ebi gozen. Ramen jest kremowy w towarzystwie cienkich dośc kluseczek (patrz porównanie do udon) i roztartego samodzielnie sezamu sprawia doskonałe wrażenie nie tylko wizualne ale i smakowe. Udon choć niepozorny po zanurzeniu w perfekcyjnym rosole rybnym bonito wyprzedza go o całą długość. Wprawia on moje kubki smakowe w przyjemną ekscytację. Nie ma wątpliwości, należę do plemienia "Udon w Rybnym Rosole".. Zaczynam rozglądać się za koszulką na której będę mogła wydrukować swoją plemienną przynależność...
 

wrzesień - La Sirena, drugie podejście. Idealna na spotkanie z przyjaciółką. Bardzo przyjemne miejsce z kuchnią meksykańska, bez dwóch zdań. Regularnie narzekałam na poziom restauracji wyprofilowanych na Meksyk aż tu nagle przyjemne rozczarowanie. Miejsce autentycznie zajmujące od strony wizualnej, obsługi i menu. Dobre drinki z pazurem i pomysłem. Domowe tacosy z sosami świetne sprawdza się podczas spotkania z przyjaciółmi. Margot zakochała się w guacamole i przyznam, że kradnie serce delikatnością. Ja domówiłam sos o nazwie sugerującej bliski zgon. Był dostatecznie zniewala jacy ostrością.

październik - Talerzyki rzuciły mnie na kolana. Wreszcie poza wódkowo-zakąskowy  trójkąt bermudzki. Jest żurek, biała kiełbasa, tatar, kaszanka i śledź. No i kilka innych mniej oczywistych zakąsek w wersji tapasowej. Talerzyki rules!

listopad - Ceviche Bar jest pysznym miejscem. Moje pierwsze ceviche w życiu i jak mi poradziła uśmiechnięta i kompetentna kelnerka wybrałam nie mika ale okonia. Świetne połączenie smaków. Jest to danie, które powtórzyłam w innych konfiguracjach. Z kieliszkiem nowozelandzkiego souvignon blanc tworzy dobrany duet.Kalmary w tempurze, dobrane z czystego łakomstwa zrobione wyśmienicie. Sprężyste mięso kalmara,lekkość ciasta i dwa dobre sosy.

grudzień - wypic autorskiego drinka z malarskim tłem mogę tylko w Lazy Dog. A do tego smacznie zjeśc. Wracam tam, gdzie byłam - zaproszona zresztą przez Lazy Doga osobiście - jeszcze późną wiosną i było naprawdę ciekawie i niebanalnie. A grudzień to czas lampek, rodziny, choiny, sylwestra, cekinów.... i brak banału wysoce wymagany!

Rozczarowałam się Zomato...Nie piszę więc już tam. Żałuję tych kilku wspólnych chwil...

wtorek, 7 listopada 2017

Spotkajmy się U Flisa

Listopad to taki "wypominkowy" miesiąc. 

Znicz i nic.
 
Listopadowa pogoda i ogólna ponurośc wśród pasażerów komunikacji miejskiej nastrajają mnie nostalgicznie. Przypomniał mi się kultowy niegdyś bar Flis, do którego jeszcze przed zamknięciem udało mi się kilka razy wpaśc z R.

Bar ten R. zwykł nazywac "flaczarnią" i nie był w tym odosobniony, bowiem flaki z Flisa to jak pyzy z Różyca. Danie-hasło-klucz. Początkowo Flis mieścił się na Hożej i jak opowiadał mi mój ojciec kolejki tam były niebywałe. Rano oblegali go ci co cenili na kaca smak flaczków lub ci co przed pracą chcieli zjeśc coś "ciepłego". Wieczorem na dobry początek nocy aby do "wódeczki" było coś konkretnego w żołądku. W między czasie wpadali wszyscy inni...Bar miał ponoc kategorię trzecią ale przegląd klientów od klasy D do klasy A. Mieli ciekawostkę, która dziś pewnie by w Sanepidzie nie przeszła - piętrowa kuchnia dla nastu kucharzy. Potem, co cieszyło mojego ojca, przenieśli się na Marszałkowską 55/73 dokładnie pod restaurację Szanghaj. Oba lokale często odwiedzał choc z zupełnie innym towarzystwem. Ja załapałam się już na kolejną zmianę, gdy w miejsce Flisa wprowadziła się bodajże Dekanta. A "flaczarnia" przytuliła się z Szanghajem. A potem? Po pół wieku istnienia znikła z lokalnego poletka gastronomii. Podobno, tak przynajmniej się reklamują, "flaki jak u Flisa" podają na rynku Starego Miasta w restauracji Warszawskiej.

Cóż było robic...zimno, głodno...flaki to całkiem niezły powód aby wpaśc na rynek Starego Miasta... I niestety rozczarowanie to kolejny temat listopada. Flaki proponowane w restauracji Warszawskiej to żart z każdego kto chciałby posmakowac rodzimej kuchni. Już lepiej i szybciej będzie zbudowac  wehikuł czasu i przeniesc się do lokalnej gastronomii 100, 50 lat temu.

piątek, 3 listopada 2017

Rozmyślania o wczoraj i dziś - Hala Koszyki

Hala na Koszykach, zbudowana na początku ubiegłego wieku, stoi na terenie dawnego folwarku o tej samej nazwie. Nazwa nie ma najmniejszych konotacji zakupowych ani rzemieślniczych. Najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie to pochodzenie od koszów wiklinowych, którymi wzmocnione były okopy wokół Warszawy pod koniec XVIII wieku. Stąd też nazwa ulicy - Koszykowa.

Hala nie przetrwała Powstania Warszawskiego, w większości zburzona i spalona, odbudowana z niezwykłą starannością dopiero w ubiegłym roku.  Przywrócono jej część oryginalnych elementów stalowej konstrukcji i secesyjnych budynków bramnych. Robi wrażenie zwrócenie restauratorów na szczegóły: płytki ceramiczne, szyldy sklepowe i inne "duperele". Ale jakie!


Na Koszykach mają swoją siedzibę różne koncepty kulinarne  (co to za nazwa? Ludzie!) i sklepy z mniej lub bardziej kulinarnym zacięciem. Już te "koncepty" dały mi jasny komunikat do kogo adresowane jest miejsce. Nie mogłabym jednak nie pójśc, nie zobaczyc i nie zjesc. Taka przecież moja JemMazowiecka natura. Przede wszystkim ta (patrz na prawo) reklama z hasłem "warszawskie targowisko pyszności" gra skojarzeń z próżności w zamierzeniu? Czy tylko któryś z PR-owców miał taki "fajny pomysł". Bo nowa hala Koszyki to swoiste targowisko próżności w pyszności. Pysznych próżności. Próżnych pyszności... Hipsterów i Warszawki "mnogośc". Nonszalancko przechadzają się jak po swoich "włościach". Są też autochtoni lat 70+, lekko zawstydzeni ale zachwyceni. Bo jest się czym zachwycac. Rewitalizacja "palce lizac". Wrażenie robi ogromne. Detale, zdobienia, kafelki i całośc. Pachnie nowością i snobizmem. Nie jest to jednak snobizm w złym znaczeniu. Zresztą rzeczy nigdy nie są złe lub dobre to my nadajemy im funkcje więc...mnie Koszyki się podobają gdy patrzę przez palce i przez pryzmat "większego dobra":)

Więc przejdę do rzeczy zamiast bzdurzyc...Co mnie ogromnie ucieszyło? 
 
Sklep z produktami z kuchni arabskiej i śródziemnomorskiej - Damas. Bardzo go cenię i lubię. 

Lodziarnia na styl włoski - Magia d'Italia - bo nie dośc, że włoska receptura to niebanalne kompozycje smakowe lodów. I do tego sezonowe!

Kolejny sklep w Stolicy pod szyldem Crazy Butcher. O jakości mięsa zwłaszcza wołowego wspominac nie muszę. Wolę je jeśc....

Bardzo sympatyczna i aromatyczna piekarnia, nomen omen, Aromat. Wypieki na tradycyjnych recepturach francuskich jak się chwalą.  


O tym co wrażenia nie zrobiło pisac nie zamierzam.

W każdej z knajpek zamawiałam w ciągu minionego roku jedno, "sztandarowe", danie. Jadłam więc  Tom Yum  w Tuk Tuk, , Chicken Tikka Masala w Curry Leaves, sushi w Kago Sushi, mule w Port Royal,Kurtowe wariacje w Bierhalle, Nachos Manana w Gringo, Zieleninę w Siewcach Smaku...piłam drinki w Barze Centralnym, Grilowaną Kiełbaskę w Kiełba w Gębie w towarzystwie rzemieślniczego piwa...Ciężko się jak widac napracowałam...

Przyznam, że najlepiej wypadły:

Hummus w Mango - świetny też jest deser, polecony przez przemiłą kelnerkę: nasiona chia na mleku kokosowym z mango i granatem. Mango to prawdziwy wegański „street food”. Jeden z najlepszych lokali w tym "przybytku".


Tapasy w Sobremesa - koniecznie zestaw: kaszanka z puree z jabłka, wanilią i pinią/ bycze ogony z serem, ziołami i aioli/świńskie ucho w panko/ośmiornica z ziemniakami i wędzoną papryką. Do tego kieliszek "czerwonego". No i dobre towarzystwo, u mnie cudowna M.

Burger ? nie ! Pulled Pork w SoulFood - nie zapominajcie aby zamówic sos firmowy Umami Mayo. Klasyka streetfoodowych lokali w ładnych okolicznościach miejskich:)

Naleśniki w Creperia - zwłaszcza w wydaniu prowansalskim a także o dumnej nazwie torreador. Tu przemiła, chyba najlepsza w całych Koszykach, obsługa.

W innych miejscach smacznie odnajduję:

Soki w Corona Sok i Mus. Robią wrażenie miksy energetyczne warunek jednak istotny to wypicie ich maksymalnie do godziny potem jak dla mnie już nie są tak pyszne. Mają też fajną całkiem smakowo kawę ale w słusznej, małpiej, sprawie:) no i horchatę  w Gringo.

Pasta w Semolino podaje recepturę na "szczęście". Podobno to prosta proporcja: 1 kg dobrej jakości mąki i  tuzin jaj od szczęśliwych kur. Niestety ja za żadne skarby nie ogarniam ich konceptu. Organizacyjnie bo smakowo nawet, nawet.  Nie są za to w moim typie: słodkości z Gaba & Garcon, praliny z Karmello Chocolatier , croisant  i capuccino w Werandzie.
 
Jest jeszcze na nocne penetracje Cma Geslera i Warszawski sen Gesler.


wtorek, 14 lutego 2017

Destylaty i inne alkohole po warszawsku

 Pokuszę się na krótki przelot historyczny w temacie tematu. Tak więc:

Piwo na Mazowszu za czasów kuchni staropolskiej czy sarmackiej miało się bardzo dobrze . Piwo jak już to wareckie - Piva di Varca. 

Mocna pozycja miodów wydawała się niezachwiana bowiem wino przyjmowało się bardzo powoli. Jeśli już to były to słodkie wina greckie - małmazje. Dopiero za czasów panowania Marii Ludwiki Francuzi zaczęli zakładac w Warszawie składy i piwnice winne. Zapanowała moda na wino francuskie. 

W czasach zaborów w Warszawie mieliśmy dwie "wódkarnie". Koneser produkował aż 140 rodzajów wódek. Piwiarniami obrodziło w każdej dzielnicy mimo "trudnych" czasów. Przed pierwszą wojną nadal funkcjonowały dwie duże fabryki Rektyfikacji Warszawskiej przy Dobrej i Ząbkowskiej. 

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości produkcję upaństwowiono. Piwo przed pierwszą Wojną Światową warzyły w Warszawie dziesiątki browarów ale do "wolnej Polski" przetrwało jedynie kilkanaście. Najsilniejsi "gracze" na rynku połączyli się w "Zjednoczone Browary Warszawskie - Haberbusch i Schiele".  Firma produkowała 10% rynku piwa w Polsce, i plasowała się na trzecim miejscu po Tychach i Okocimiu. W Warszawie królował oczywiście Haberbusch i Schiele jednak własną restaurację przy Marszałkowskiej 100 miał też browar w Żywcu.

W 1945 tuż po zakończeniu wojny do Warszawy zaczęli wracac ludzie a jak są ludzie to jest i alkohol...Vis a vis hotelu Polonia rozstawiały się stoiska z bimbrem. 

Nalewki Warszawskie? Najbardziej znana to ta księcia Pepi. A może sam fakt podtrzymywania tradycji przez organizowanie konkursu sprawił, że wydaje mi się najbardziej znana. Nalewki przecież powstawały już w średniowieczu. Od alchemików przez klasztory i apteki. Potem tradycję wytwarzania kultywowały dwory. Były produkowane w celach prozdrowotych lub leczniczych.

Dziś wśród nagradzanych Laurem Mazowieckim są miody pitne od Mirosława Pędzicha z Ostrów Mazowiecka czy nalewka z czarnego bzu pod nazwą dobrze brzmiącą "szeptuchy". Te produkują w ciechanowskim Longinusie. 

Z Najsmaczniejszej Listy mamy reprezentację alkoholową:
  • Nalewka Wiśniowa Zakroczymska
  • Piwo z Browaru Ciechan
  • Miodowe Piwo Mazowieckie
  • Likier Radziwiłłowski

Wytwórnie Wódek: Polmos Siedlce, Polmos WarszawaBrowary:
Ciechan, Jabłonowo, Tumski
Nalewki: 
Staropolskie z Łomianek, Ja-Go, Longinus

wtorek, 4 października 2016

Po Byku - rozważania na temat warszawskiej kariery burgera

Moda na burgery w stylu slow food przyszła na dobre do naszej Stolicy dwie dekady po otwarciu pierwszego  Macdonalda. Moda jak to moda przemija. Kwestią czasu jest aby z kilkudziesięciu burgerowni została jedna trzecia tych najbardziej lubianych. Nie napiszę najlepszych bo jakośc nie zawsze ma odzwierciedlenie w życiu gastronomicznym. Dobra lokalizacja, dopasowujące się menu w tym element niespodzianki, trzymanie poziomu to będzie istotniejsze niż sama jakośc produktu. Nie lubię połączenia slow-burgerów z rozwojem sieciowym więc na Bobby Burgery nie stawiam. Dla mnie slow nie może byc sieciowe, to się po prostu nie da pożenic. 


Burgery klasy gourment czy premium to wysokojakościowe mięso, bułka z prawdziwego zdarzenia nie nadmuchana jak wargi Natalii Siwiec i ciekawe dodatki. Mięso nie musi byc w wersji "mielonego kotleta" ani z wołowiny tu granice określa jedynie wyobraźnia kulinarna kucharzy. 

Moimi ulubionymi knajpkami z burgerami były pięc lat temu:
 Burger Bar Menu, Reviews, Photos, Location and Info - Zomato
Barn Burger Menu, Reviews, Photos, Location and Info - Zomato


i już nie istniejący Lokal Bistro, Aleksandra Barona. Na Olkuskiej dostaniemy mięso z Red Angusa, Black Angusa lub  Hereforda. Warto zasiąśc w trójkę przy jak najbardziej klasycznym wydaniu burgera i potrenowac swoje kubki smakowe na odbiór różnych gatunków wołowiny. W Barnie nie można odmówic "atakowi serca" albo nie natknąc się na "ponurego żniwiarza". Nazwy adekwatne do smaku, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. W Lokal-u mieli "pełen slow" bowiem dodatki były ze znanych ekologicznych gospodarstw i ze znanych lokalnych smaków tak jak camembert - Słupski Chłopczyk. W menu był mój ulubiony nie-mięsny burger: genialny dorsz z kapustą kiszoną, olejem lnianym i koprem.

Dziś każda dzielnica i podwarszawska gmina ma swoje burgerownie warte polecenia. W Legionowie poszłabym do Beef-burgera, na Ursynowie zjadłabym San Diego w Boys-meat-girls. Na prawnym brzegu Wisły pojechałabym za burgerem aż na Grochów do Fire-burger.
Po Byku Menu, Reviews, Photos, Location and Info - Zomatoa na Żoliborzu.... tu mimo wysoko plasującej się burgerowej konkurencji: Burgerownia, Wild-beef, Yellow-cab wybiorę zawsze: Po Byku przy Metrze Marymont. Lokal usytuowany jest zaraz przy wejściu do uroczego zadrzewionego skwerku vis a vis szkoły pożarniczej w całkiem przyjemnym budynku ala osiedlowy sklepik czy też kiosk ruchu. Nie sposób go przeoczyc. Co do obsługi to mam mieszane uczucia. Brak mi bardziej serdecznego kontaktu z klientem. Zwłaszcza mocno oszczędzają na uśmiechu i zainteresowaniu. 




Na szczęście nie oszczędzają na dodatkach do burgerów i różnych wariacjach burgerowych. Mamy tu szesnaście wersji podania i każda z nich zasługuje na uwagę. Poza klasyką "z serem" i "bez sera" oraz opcjami dla wegetarian warto pokusic się o wbicie zębów w True Blue. Poza wołowiną (warto samemu wskazac sposób wypieczenia bo mała szansa, ze nas o to spytają) jest tu świetnie komponujący się ser pleśniowy z gruszką w occie, a całości dopełnia rukola i sos miodowo-musztardowy. Inne ciekawe smaki znajdziecie w Plum Bum powidła śliwkowe, w Tropic Topic mango i kolendrę a w Goat kozi ser i karmelizowaną cebulę. 

 
W Po Byku podają również steki, sałatki oraz krążki cebulowe i frytki stekowe. Te ostatnie mają jeden minus, są przemysłowe. Wolałabym aby podali frytki z ziemniaków a nie masy ziemniaczanopodobnej. Przy krążkach można tylko żałowac, że nie ma opcji "z sosem" bo aż się o to owe krążki proszą. Do picia w ofercie Po Byku jest ogromny wybór Bombilladrink (hit dla mnie to mirabelka) i Fritza (rządzi rabarbarowa!).



wtorek, 20 września 2016

Rozważania U Dziewczyn o kuchni sąsiedzkiej

Wszystko zaczyna się od porannej potrzeby wypicia kawy, zjedzenia śniadania, poczytania prasy, złapania oddechu...Od pozytywnego rozpoczęcia poranka. Potem już oczywiste się wydaje, że tylko namierzenie właściwego, pobliskiego nam miejsca rozwiąże wszystkie rozterki ducha .. i żołądka. Lokalne knajpki, takie po "sąsiedzku". Każdy z nas kto takie swoje Miejsce ma wie o czym mówię. 

Miejsce, w którym pyzata blondynka pod oknem przegląda ogłoszenia o pracy. Miejsce, gdzie "prawie" buldożkowi pana Jana, naleją wody do miski, podczas gdy jego pan będzie zjadał śniadanie po "wiedeńsku". Miejsce, gdzie panie zza lady znają z imienia lub historii 90% swoich klientów. Wiedzą co tamci lubią i same lubią to co robią. Bo to jest też ICH Miejsce. Sąsiedzkie. Lokalne. Smaczne. Czasem zagubi się tu ktoś "spoza" lokalnej społeczności i w najmniejszym stopniu nie odczuje, że jest "obcy". Jedynie, smętnie westchnie, bo w jego sąsiedztwie nie ma takiego Miejsca. Kiedyś L zaprowadziła mnie do dwóch takich knajpek na Mokotowie a Z do Kuchni Sąsiedzkiej na Powiślu. Można oczywiście szukac podpowiedzi w sieci, gdzie zjeśc jadą do nieznanej sobie dzielnicy.

Moda na lokalne knajpki trwa. Już nie zazdroszczę Krakowowi, jak jeszcze dwie dekady temu. Teraz sama w okolicy wiem, gdzie zanurzyc się na dwa kwadranse przyjemnego sam-na-sam ...kulinarnie oczywiście. Uwielbiam Czytelnię w okolicach AWF-u, Secret Life Cafe na Żoliborzu i Cafe De La Poste na Starych Bielanach

A wszystko to, te moje rozważania i nostalgie napadły mnie podczas odwiedzin, kolejnych i kolejnych w przeuroczym miejscu: U DZIEWCZYN na Żoliborzu.

U Dziewczyn Menu, Reviews, Photos, Location and Info - Zomato

Dziewczyny karmią świetnie. 

Czy to śniadanie w wersji różnych past do pysznego chleba. Estetycznie podane. Świeże warzywa. Wyrazista pasta rybna zaostrzająca apetyt. Jajeczna delikatna z wyraźną nutą nostalgii, za dzieciństwem, pożerałam ją łyżką a nie na kromce chleba. Trzecia pasta...ach..ta trzecia...była najsmaczniejsza...Bez łyżki się nie obyło...i dodatkowej porcji pieczywa.

Czy deser...och...beza z porzeczkami. W ladzie pysznie konkurowały o moje względy tarty i bezy. Tej z porzeczkami nie odmówiłam, choc wolę z żurawiną. Wiecie, taką dużą i świeżą.
 
Czy też genialne pielmieni albo buraczane kaszotto. Pielmieni to podobno mordercze danie. W XIX wieku dwóch syberyjskich kupców zmarło w wyniku przejedzenia tymi niepozornymi pierożkami. Wszystkiemu był winien zakład między nimi o to, kto zje więcej pielmieni. U Dziewczyn możemy wybrac porcje mniejszą lub większą, żadna jednak nie jest mordercza. Tu zamiast octu podana jest jednak cytryna co mi bardzo odpowiadało. Śmietana na stole była. Zabrakło musztardy i masła ale kto mówił, że to klasyczne, syberyjskie, "podanie"? Kaszotto buraczane z pęczaku, maślane i idealnie rozpływające się w ustach (nie, nie było rozgotowane) okraszono czterema zacnymi kawałkami koziego sera co dodawało smaku i aromatu całej potrawie. Świetne. Po prostu świetne.

Lokal jest przyjemny wizualnie. Wszechobecna biel nie przywodzi na myśl szpitala tylko rustykalną wieś anielską. Nie pod warszawską ale prowansalską. Kilka mocnych akcentów miejskich łagodzą tą sielskośc. I dobrze. Oczywiście! Na zewnątrz można poleniuchowac na deskach albo posiedziec przy małych stolikach. Stąd kilka kroków do Hali Marymonckiej...no może kilkanaście.
 
Zauroczyły mnie Te Dziewczyny, muszę przyznac.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Slow. Wisła. Kuchnia

Slow Market na Placu Zabaw to kolejne miejsce gastronomicznych spotkań weekendowych. Jest tu naprawdę mocna ekipa. Przynajmniej dla moich kubków smakowych. Najmocniejsza trójka to:  Inessa Kim,  Mojo Picon i Dumplings foodtruck.

Nigdy nie odmówię placów z kimchi od Inessy! 

 

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Zapiski na serwetce: Gospoda Pod Kogutem

 

Gospoda Pod Kogutem to wydawałoby się dośc niepozorne miejsce. Ukryte na Starym Mokotowie, dzielnicy z wybitnymi miejscami gastronomicznymi. Na szczęście blisko jest stacja metra Pole Mokotowskie, więc dotarcie dla mnie z drugiej strony miasta nie stanowiło problemu.

Wnętrze jest proste a "całośc" wrażenia robią detale dekoracyjne. Takie jak zakamarek z poduszkami czy "wianki" w stylu ludowym wiszące z sufitu. Nie jest to "cepeliada" z suszonymi kwiatkami, które w lokalach z rodzimą kuchnią potrafią odebrac mi apetyt w kilka minut. Mają nie za dużą salę na rodzinne uroczystości, taką akurat na rodzinny obiad gdy przyjedzie ciocia z Ameryki:)

Obsługa w postaci przeuroczej ciemnowłosej Pani bez problemu odpowiadała na każde z moich ciekawskich pytań. Dania przychodziły na stół w odpowiedniej odległości czasowej i kolejności. Obserwowałam, że z dużą starannością i życzliwością podchodzi do każdego z gości.  


W menu ... polskie standardy kulinarne. Wśród zimnych zakąsek poza tatarem królują śledzie. Ponieważ upał był niemożebny zrezygnowałam z zamówienia moich ukochanych śledzi. Zainteresował mnie za to żur. 


Okazał się byc delikatnie chrzanowo-śmietanowym wydaniem tej tradycyjnej polskiej polewki. 

Niedźwiedziowi wpadły w oko policzki wieprzowe w sosie śmietanowo- śliwkowo- rozmarynowym. Mnie koncepcja polików od nie-przeżuwaczy zupełnie nie przekonała...aż do pierwszego gryza. Poliki były naprawdę świetne. Sos nie narzucał się w swojej intensywności i podkreślał smak mięsa. Podane  z pysznymi, domowymi, kopytkami okazały się najlepszym z naszych wyborów. 


 Chociaż nie zaprzeczę, że golonka w piwie z puree chrzanowym, na którą ja się połasiłam, prawie im dorównywała. Delikatna, aksamitna wręcz struktura dobrze przyrządzonego mięsa i świetne domowe ogórki kiszone, które zawłaszczyła Mała Zi. Jadła zresztą równo z talerzy obojga rodziców robiąc przy tym boskie miny osoby zadowolonej z jedzenia. 
 



Na deser, wybaczcie ale nie mogłam nie sprawdzic, zamówiliśmy racuchy. To duży sprawdzian dla lokalu w mojej ocenie. Ciasto okazało się nie byc zbyt nasycone olejem, lekka kwaskowośc jabłek i chrupka skórka to właśnie wspomnienie powoduje, że cieknie mi ślinka...



Gospoda Pod Kogutem to restauracja lokalna i sąsiedzka. Mogę tylko żałowac, że to nie ja mam ją po sąsiedzku. Dziękuję Gospoda Pod Kogutem Menu, Reviews, Photos, Location and Info - Zomato , że uraczyło mnie "urodzinowo" zaproszeniem do tej smacznej restauracji z porządną choc nie wyszukaną (ale jak ktoś chce wyszukaną to do Atelier Amaro) kuchnią polską. 

GOSPODA POD KOGUTEM
02-521 Warszawa
ul. Rakowiecka 43a
tel. 22-849 08 78

LINK