wtorek, 14 kwietnia 2015

Jak Włosi i Szwajcarzy nam cukrzyli

moje ukochane - owsiankowe - lody
 Początek stołecznego cukiernictwa to "włoska robota". Rok 1779 zapisał się złotymi-słodkimi zgłoskami bowiem Palmoni Carlucci otworzył na placu Krasińskich cukiernie. Ogromną popularnością cieszyły się wychodzące spod jego ręki włoskie lody. Inny Włoch, w tym samym czasie, Ludwik Nesti prowadzący w  pałacu Borchów słynną na całą Warszawę restaurację i cukiernię, robił najlepsze w mieście ciasta. Na Podwalu,  naprzeciwko byłego pałacu Branickich, pod numerem drugim stoi kamienica, gdzie mieściła się słynna fabryka czekolady Marco Biniego. Na początku XIX wieku Bini wprowadził nowinkę "kulinarną" - gaz de hilarite (rozweselający), którym zaprawiał napoje w tym poncz. 

Jest jednak druga nacja, która odegrała nie mniejszą rolę niż przybysze z półwyspu Apenińskiego. To Szwajcarzy. Rzucę chyba najpopularniejszym w Warszawie nazwiskiem: Blikle. Inna znana szwajcarska cukiernia to otwarta w 1821 przy zbiegu ulic Miodowej i Kapitulnej naprzeciw kościoła kapucynów „L. Lourse & Co.”. A
Cukiernie Semadenich? Chociażby ta Pod Filarami. Zresztą sławną krakowską "Redolfi" również założyli Szwajcarzy. I chwała im za to.


Polecam lekturę materiału o wrocławskich cukierniach ze SmakówWrocławia.pl, świetny! LINK