SZYNK PRASKI otworzył się stosunkowo niedawno ale już wart jest analizy pod kontem warszawskości podawanych tu potraw. Lokal na Stalowej 37 odwiedzić trzeba koniecznie. Wnętrze nie jest zaprojektowane przez designera co widać w pewnym eklektycznym bałaganie. Mnie on nie przeszkadza ale wielbicieli dopracowanych szczegółów może to odrzucać.Obsługa przemiła i uczynna (dostałam poduszkę pod plecy z uwagi na mój "stan")
kuchnia warszawska:
Już z samej nazwy właściciele lokalu sugerują mocny związek z kuchnią "lokalną" i ... nie kłamią. Mamy tutaj świetne pyzy ziemniaczane, flaki po polsku, gołąbki, schaboszczaka aż się łezka w oku kręci. Wymienię jeszcze zrazy i śledzia bo też na "lokalesów" smakują. A ulipki z bitą śmietaną? Ha! Nie wiecie co to ulipki? Nie wstyd. Wstyd nie chcieć tego się dowiedzieć. Zapraszam do lektury KUCHNI STAROPOLSKIEJ. Dodatkowo można posłuchać szlagierów starej Warszawy i popatrzeć na praską ulicę. Okolica nie wiele zmieniła się od czasów II Wojny Światowej, jak mniemam, skoro kręcą tutaj "Miasto 44".
Właściciele chcą by Szynk Praski był miejscem gdzie spotykają się przyjaciele, czego im serdecznie życzę! Bo Szynk Praski jest aktualnie najbardziej warszawskim z warszawskich lokali Stolicy...w mojej skromnej ocenie oczywiście...
piątek, 7 czerwca 2013
wtorek, 4 czerwca 2013
W domu jadało się ...
Wspomnienia z dzieciństwa potrafią pojawiać się nagle. Wystarczy podobny zapach, ulica, odgłos, który kojarzy się z czymś z przeszłości... Pamiętam jak stałam w kolejce do sklepu rybnego. Gigantycznej kolejce, jak to zwykle w PRL, przed Świętami. Stałam i czytałam książkę. Dzięki tym kolejką zresztą rósł poziom czytelnictwa w społeczeństwie. Kiedy już doszłam do mało uśmiechniętej pani za ladą okazało się, że nie ma karpi ani śledzi a są za to czipsy krewetkowe i kalmary. No i z paczką pierwszych i kilogramem drugich powędrowałam do domu. Dziwne to były dania świąteczne...ale na szczęście zawsze była wigilia u Dziadków.
I właśnie te śledzie mi się przypomniały. Naszła mnie chęć na nie. Śledzie w zalewie octowej. Podobne śledzie bardzo często robiła moja Mama w "gorszych czasach". Robiła zresztą tak i inne ryby. Podobno wtedy marzyłam o szynce...cóż czasy się zmieniają i ludzie. Teraz marzę o śledziach w zalewie octowej. Kto by pomyślał, Mamo...
I właśnie te śledzie mi się przypomniały. Naszła mnie chęć na nie. Śledzie w zalewie octowej. Podobne śledzie bardzo często robiła moja Mama w "gorszych czasach". Robiła zresztą tak i inne ryby. Podobno wtedy marzyłam o szynce...cóż czasy się zmieniają i ludzie. Teraz marzę o śledziach w zalewie octowej. Kto by pomyślał, Mamo...
1 kg tuszek śledzi oczyszczonych,
5 średnich cebul
mąką do obtaczania
olej do smażenia
Zalewa:
5 szklanek wody
1 szklanka octu 10%
1 szklanka cukru
2 łyżki soli
po 10 ziarenek ziela i pieprzu czarnego
5 liści laurowych
3 łyżki gorczycy białej
Cebulę obieramy i kroimy w krążki. Śledzie obtaczamy w mące i smażymy na rozgrzanym oleju na złoty kolor. Przygotowujemy zalewę (z wody, octu, cukru, soli i przypraw) i zagotowujemy. Usmażone śledzie układamy w dużym słoju, każdą warstwę przekładając krążkami cebuli. Następnie całość zalewamy ciepłą zalewą i odstawiamy do wystygnięcia. Potem do lodówki na 48 godzinach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

